Wydawać by się mogło, że o czymkolwiek innym, niż o śmierci Prezydenta, o Smoleńsku, Katyniu pierwszym albo drugim pisać dzisiaj nie można. Względnie się zapasowa kopia pod palce nawija, i tak to czynią wszyscy od lewej do prawej, gębę swą klęską Polski ciągle wycierając. Ja jednak dziś nie mogę - i nie chcę też wcale - przyłączyć się do tego chóru. Nie to, żebyśmy pytań nie potrzebowali, szukania odpowiedzi, wyciągania wniosków.
Mam jeszcze jednak pod ręką zwój Gazety Polskiej, poświęcony w całości smoleńskiej tragedii. I chociaż na pogrzeb prezydenta (mego również) setny raz już patrzę - dalej go coś nie widzę. Nie wierzę w to jeszcze, dotrzeć ta prawda nijak przez papier nie może. Wszystko jak jakiś koszmar, zwid na chorej bombie. To musi być sen jakiś zrodzony w chorobie!
I rzeczywiście, ostatnie cztery tygodnie spędziłem chorując. Może gdybym był wtedy w Krakowie, to doszłoby w końcu do mnie i poczułbym głęboko wreszcie, że TO jest naprawdę. Ale ja wtedy czułem tylko gorączkę, papier ścierny w gardle i smród grubej pościeli, przesiąkniętej potem.
Aura zaś nierzeczywistości całego zdarzenia tym bardziej gęstnieje, że pozostał bliźniak.
Takie rzeczy nie dzieją się nawet w najbardziej kiczowatych filmach!
Z drugiej strony samo poczucie czasu zmieniło się teraz, jakby nożem uciął. Bowiem ten mój Kazachstan, o którym mam pisać, opuścił mnie też w końcu, przynajmniej na chwilę.
Kiedy jednak świetlisty demon spełzł mi już z ramienia, by przestać w uszy sączyć blaski słońca stepu - niespodziewanie zastąpił go Tomasz, aby raz jeszcze napełnić kojącym światłem lejącym się wspomnieniami z nowych, świetnych fotek Kazachstanu tą duszną czerń umysłu, przesiąkniętego trupim jadem z katyńskiego lasku...

Tak, jestem dziś w nastroju cokolwiek poetyckim. Aby nie rzec dosadniej...
Wybaczcie. Ale jeśli weźmiecie pod uwagę tamto wino od Bobra spożyte w dzień Szabasu, a do dziś jeszcze gazrurką jakoby łeb mi rozk...ące - przyznać musicie, że inaczej przecie być nie może!
Kończymy więc już z obrazowymi porównaniami, zacznijmy za to porównywać obrazy. Obrazy z naszego Aktau, po którym dziś zabiorę Was na spacer.

Na początku przywitała nas ciemność, a za nią - kazachski akademik, i wcale nie mam tu na myśli Esenowa. Mieszkaliśmy w pokojach przeznaczonych dla 3-5 osób.

Kibelek (a jakże), tudzież brodzik i prysznic, a nawet dwa krany. W rurach płynęła letnia woda z morza Kaspijskiego. Odsolona, powiedzmy, w elektrowni atomowej działającej chwilowo na gaz. Mieliśmy też balkonik z milutkim widokiem na podwórko przed blokiem, z okazju igrzysk w Moskwie ozdobionym wizerunkiem pozytywnej foczki.
Nie ma więc na co narzekać, tym bardziej, że z innych balkonów zdarzało się ludziom spoglądać na oddaloną o półtora metra nieotynkowaną ścianę. Na dole za to mieściła się świetlica: duży telewizor, obok wielka flaga Kazachstanu - a na ścianie jeszcze większy portret Nazarbajewa. Tak już miało być zawsze.

Kiedy wychodziliśmy z akademika, szliśmy zwykle w prawo. Tam był po pierwsze sklep monopolowy, tudzież dwa mniejsze punkty strategiczne położone na blokowisku. Zwłaszcza, gdy się z nich wracało - trzeba było uważać na rurę biegnącą wzdłuż podwórka. W Aktau bowiem wszystkie rury puszczone są nad ziemią, a kiedy trzeba, podchodzi zakutany w chustę i maskę przeciwpyłową robotnik, który odkręca odpowiedni kurek aby podlać drzewka. Inaczej całe to miejsce byłoby pustynią.

Tymczasem miasto to jest (tu trochę teorii) właśnie siercem Mangistauskiego Regiona, który (jakżeby inaczej!) rozwiwajet! Rozwój ten opiera się oczywiście na ropie i gazie, a pola naftowe kilometrami ciągną się za miastem. Zbudowane głównie w latach 60. ubiegłego wieku górnicze miasteczko ze swoimi rzędami pudełkowatych, zadbanych (na pierwszy rzut oka) bloków istotnie przypomina taki, tylko dwa razy większy, Lubin Wschodu. Z socjalistyczną zabudową kontrastują zresztą liczne nowe budynki, a samo miasto ma według Kazachów doskonałe perspektywy rozwoju:
Spędzić w nim mieliśmy prawie cały miesiąc.
No dobrze, ale pokonaliśmy już rzucony nam zdradziecko pod nogi stalowy wąż pułapki na Polaków, za furtą akademika skręciliśmy w prawo, minęliśmy monopol...
Wróć! Wstąpiliśmy do monopolu oczywiście, gdzie już za 150-180 Tenge kupić można było 0.7 l ginu z tonikiem, 13%, albo 18 % odpowiedniki naszego jabola za 75 TT...
Nie, o chlaniu będzie również innym razem!
Dość, że po drugiej stronie ruchliwej ulicy, jakieś 150m od naszego domu stał autobusowy przystanek, a za nim Błękitny Meczet. Meczet jaki jest - każdy widzi. Przed wejściem można było kupić specjalną muslimską pastę do zębów, kadzidełka, kolorowe mycki tudzież dywaniki, a także pozbyć się zbędnych zapasów suchego prowiantu zyskując w zamian modlitwę żebraczki. Niezadługo, w ramach badania postsowieckiego Islamu, udać się też mieliśmy w grupie na nabożeństwo. Mnie tam jednak nie było, ponieważ siedziałem właśnie na kibelku, która to czynność zwłaszcza po zakosztowaniu moloka z wierbluda, (ze słuchu wszystko piszę, jako że w tym języku jestem analfabetą) była jedną z najbardziej namiętnie przez nas uprawianych.

Idąc cały czas prosto zostawialiśmy nasz meczet po lewej ręce, przechodziąc dalej wzdłuż bloków chodnikami usianymi plakatami propagandowymi. Po kilku przecznicach można było dojść do głównego skrzyżowania, za którym mieścił się nasz upragniony cel - budynek uniwersytetu, a tamże stołówka. Od razu napisać trzeba, że wszystko to wygląda bardzo prosto i banalnie, jednakże przejście w Kazachstanie przez ulicę jako żywo przypomina podobne sytuacje na Ukrainie, niezmiennie dostarczając nam nowego kopa adrenaliny w przepocone dupska.

Potrafi tam być ciekawie, zwłaszcza, że na większości przejść nie ma sygnalizacji dla pieszych, i trzeba obserwować światła dla samochodów. Stołówka, internet, czytelnia, tualieta na Małysza w wersji lux - to były rzeczy, które nas Polaków w tę stronę ciągnęły. Im dalej w tym kierunku zresztą, tym lepiej, bowiem gmach uniwersytetu wznosi się nad wielkimi schodami prowadzącymi do Morza!

Morze Kaspijskie, co tu dużo mówić? Zielone jest i śmierdzi! Woda na dodatek zimna przeraźliwie, plaże równiusieńko zasiane szkiełkami, a kawał dna poniżej - wybetonowany. Wszystkie te rzeczy nie zmieniały bynajmniej faktu, że te kamienie nad morzem były ulubionym miejscem spędzania przez nas wieczorów. Nadkaspijskie zachody słońca stanowiły zaś piękne połączenie z egzotycznym tu piwem "Baltika", dostępnym w kilkunastu odmianach (!) w pobliskim supermarkecie o dumnej nazwie Astana.

Idąc wzdłuż morza na prawo, skaczemy więc po tych skałkach. Dalej były wysokie klify i górująca nad nimi , otoczona murem willa Prezydenta. Jeśli zaś skręcić na południe - dochodziliśmy do długiej promenady, płatnych plaż i knajpek z szaurmą. Dalej można też było dojść do portu, oraz wyniosłych klifów z piaskowca, z których nocą można było dostrzec światełka platformy wiertniczej.
Załóżmy już jednak, że znudziło nam się morze, tym bardziej iż po zmroku na ulicę zwykły tam wychodzić całe stada zombiali, po których rano zostają połamane strzykawki. My zaś nie wzięliśmy mieczy ni toporów, nie mogąc przeto expa nabić i skilli poćwiczyć - zawracamy spokojnie do akademika.
Wspiąłwszy się więc schodami na powrót do góry, mijamy nasz gmach uniwersytecki i powracamy na główne skrzyżowanie miasta. Naprzeciwko nas, otoczona wysokim płotem i oświetlona wielkimi reflektorami, znajdowała się tajemnicza budowa, na której dzień i noc jak mrówki uwijał się kwiat kazachstańskiej klasy robotniczej. Niedługo przed Świętem Konstytucji Kazachstanu dane nam było się przekonać, co też oni tam sobie stroją...
W nocy skrzyżowanie przejść można bezpieczniej, takoż i jeśli nie pójdziemy prosto do akademika, a za to w prawo skręcimy - znajdziemy się na rozległym placu z pomnikiem kazachskiej Matki pośrodku. Samo słowo Kazachy - znaczy podobno "wolni ludzie", w ten sposób sławieni.

Rzeczą niezmiennie dla postsowieckiej przestrzeni publicznej charakterystyczną są rozliczne pomniki. Nie powinno więc nas też dziwić, że to do nich będziemy się odnosić jako do punktów orientacyjnych. Prosto bowiem, ciągle w tamtą stronę idąc, natkniemy się też zaraz na skrzyżowanie z pomnikiem Bandurzysty. Dumbrzystato właściwie, bo tak się ten instrument tradycyjny z dwiema strunami nazywa, którego brzmienia dość jeszcze na pewnej imprezie mieliśmy się nasłuchać. Dalej droga w dół wiodła, wzdłuż bloków do "lepszej" dzielnicy, takiej z dyskotekami i droższymi knajpami.
Tam też i biały pomnik ku czci bojowników Wielkiej Wojny Ojczyźnianej z wiecznym ogniem stoi, na prawo od niego promenada z migiem 21 na końcu i pomnikiem afgańskim biegnie, aby wreszcie wpaść do morza, prosto zaś dalej idąc mamy budkę z całkiem dobrym i tanim żarciem.

O żarciu, jak i o kiblach, osobno zresztą napiszę, tak i nie pozostaje nam nic więcej, jak nasz spacer po Aktau dalej uskuteczniać.
Ten pomnik z płonącym zniczem tradycyjnie odwiedzają młode pary przy okazji wesela, tam zbierają się ludzie, siedzą, rozmawiają, spędzają wolny czas. Pomniki organizują przestrzeń, nadają miejscom klimat i charakter, kształtują tożsamość mieszkańców. Do tego ta wszechobecna polityczna propaganda i wizerunki Nursułtana. Czego jak czego, ale PRu, tudzież polityki historycznej, to im tylko pozazdrościć można. Wątek autorytaryzmu zresztą też osobno tu kiedyś poruszę, teraz zaś dalej prosto od białego pomnika idziemy, by minąć po kolei: szkołę morską, bazar, pomnik żaglowca i przystań jachtową z przylegającą do niej koszmarnie drogą uzbecką restauracją.

Bazaryzresztą są trzy: siny, żolty i nowy, a dostać się tam można najlepiej autobusem. Miasteczko nasze jest wbrew pozorom dość rozległe, a komunikacja miejska działa bardzo sprawnie. Otóż w każdym autobusie babuszka się czai, której przy wysiadaniu płacić trzeba za przejazd. We własnym interesie nie chciałbym takiego systemu widzieć we Wrocławiu...
Nie wiem, czy jest sens opisywać wschodni bazar, towary jakie można kupić, panującą tam atmosferę i zapachy. Jeździliśmy nań parę razy, aby kupić podarokiegzotyczne jakieś. W zasadzie też żałuję, że nie przywiozłem stamtąd atłasu na handel, względnie solidnej nahajki na wielbłądy. Mycek ci za to wszelkiego rodzaju (islamskich i narodowych) garściami do Polszy nawiozłem.
Powoli jednak już kończyć będziemy nasz spacer. Powróćmy do akademika, walnijmy sobie kielona, a siebie do łóżek, bo oto przedstawiliśmy Wam już w zarysie topografię Aktau. To jest też zasadnicza oś naszego codziennego życia. Wokół niej - choć zwykle daleko - krążyć będziemy w następnych opowiadaniach. Opowiadaniach o miejscach i zdarzeniach, o tych ulotnych chwilach spędzonych przez Polaków pod słońcem Wielkiego Stepu...

Ciekawe zresztą, czy zdążę to wszystko opisać, zanim po raz drugi Kazachstan odwiedzę!
P.S.
Przypominam, że zdjęcia to tylko miniaturki: prawa mysz i pokaż obrazek, a ujrzycie Kazachstan w całej okazałości.
Sława!





z zapartym tchem przeczytałem wszystkie trzy wpisy o wyprawie do Kazachstanu. Tak się składa, że ok. pół roku temu również odwiedziłem Aktau, i wydaje mi się, że mam po tej podróży bardzo podobne odczucia do Twoich. Mineło już kilka miesięcy i nie było dnia żebym nie myślał o Kazachstanie...
Chętnie powymieniam się z Tobą wrażeniami i wspomnieniami z Mangystauskiej Ziemi.
Jestem świerzakiem na salonie24, nie bardzo wiem jak tu znaleźć kontakt do Ciebie (mail / prywatna wiadomość) więc podaję swojego maila i liczę na odzew - mimar(małpiszon)vp.pl
pozdrawiam serdecznie
MM