W dzisiejszej notce chciałbym zadać jedno, bardzo proste, konkretne i rzeczowe pytanie. Zupełnie podstawowe pytanie o Smoleńsk, na które nigdzie do tej pory nie znalazłem odpowiedzi...
Zacznijmy jednak od początku, gdyż jak już z dawien dawna widać - czy raczej właśnie nie - na tym moim małym salonowym poletku zapadła głucha cisza. Przyczyny jej są złożone, lecz jakże prozaiczne: lenistwo, niechęć do odgrywania roli pudła rezonansowego Systemu poprzez włączanie się w debatę o bieżących zdarzeniach - czy raczej wrzutkach medialnych - znowu też lenistwo, poczucie bezsilności, bezsensowności pisania, lenistwo po raz trzeci. Tudzież i inne dla nieróbstwa, podobne wymówki...
Jest jednak pewna sprawa, która od bardzo dawna nie daje mi spokoju. Tak, jak i wielu innym.
Smoleńsk oczywiście. Tak, przyznam, interesuję się - choć niezbyt głęboko. Po pierwsze, nie jestem pilotem ani lotniczym ekspertem, a cały mój kontakt z samolotami ogranicza się do paru podróży tanimi liniami. Po drugie zaś nie sądzę, aby przekopywanie się przez sążniste teksty FYMa, białe księgi, raporty i dostępne monografie, ekspertem od lotnictwa mogło mnie uczynić. Po trzecie z kolei - eksperci są różni, każdy ma swoich panów, każdy dla kogoś pracuje. Mają swoje poglądy, swoje środowiska. A w sprawie takiej jak katastrofa smoleńska, trudno być obiektywnym - nawet i ekspertem.
Nie aspirując zatem do żadnej z tych dwóch, zaprawdę nieosiągalnych dla zwykłego szczura cech, jedynie na swój własny rozum i zgodnie ze swą ograniczoną jego poziomem wiedzą o świecie, próbuję się rozeznać w wachlarzu dostępnych możliwości.
A jest ci on zaiste szeroko rozwarty!
Po pierwsze katastrofa wynikać mogła z przysłowiowego już - po latach komuny i III RP zwłaszcza - polskiego syfu, burdelu i dezorganizacji. Nałożonej naturalnie na jeszcze gorszy, RUSKI przecież w swej istocie, chaos. Na pierwszy rzut oka myślenie takie wynika tylko i wyłącznie z paskudnych, germańskich stereotypów w postrzeganiu Słowian. Jednak w świetle dostępnych wszystkim - lecz z mediów, więc uwaga - informacji, jest to obraz dość prawdopodobny. W końcu jeden rzut oka na wieżę kontrolną w Smoleńsku wystarczy, by na myśl przyszła raczej jakaś menelska rudera, niźli kluczowy element infrastruktury działającego lotniska!
I to jest właśnie ta wersja light, w której wszelkie zaniedbania polskiej i rosyjskiej strony - włącznie z hipotetyczną awarią tupolewa - spowodowane były tylko i wyłącznie karygodną głupotą, postkomunistyczną niekompetencją i słowiańskim tumiwisizmem odpowiedzialnych za przygotowanie wizyty służb.
Wniosek więc byłby tu w zasadzie tylko jeden: konkretni, znani z nazwiska ludzie, odpowiedzialni za organizację i zabezpieczenie tej wizyty, powinni zostać natychmiast wydaleni dyscyplinarnie ze służby i postawieni przed sądem. Nie będę tu powtarzać mantry o ministrze, który strzeliłby sobie w łeb, gdyby miał krztynę Honoru. Dzisiaj już przecież wiemy, że to nie takie proste...
Wiemy też doskonale, że ci - znani z imienia, funkcji i nazwiska, jak już wspomniałem - ludzie odpowiedzialni za zabezpieczenie i organizację wizyty Prezydenta, nie tylko nie zostali ukarani, zwolnieni, osądzeni i zdegradowani. Ba! Oni dostali od Bronka medale i awansy! Bardzo to nielogiczne. Zastanawiające...
Dlaczego ludzie, którzy tak dali rzopska - najlepsze chyba dla nich określenie - zostali nagrodzeni? A może rzeczywiście, lecz paradoksalnie, państwo zdało egzamin? Może ten nasz dysonans poznawczy wynika po prostu z faktu, że czegoś ważnego nie wiemy? Cóż, jest to po prostu przesłanka, kierująca nasze myśli na dobrze znane tory. Szerokie. I w jedną stronę...
Rozważmy zatem kolejną hipotetyczną wersję wydarzeń.
Druga z tych możliwości, to zaniedbania celowe. Podobne podejrzenia nie są bezpodstawne. Z jednej i z drugiej strony nikomu specjalnie nie zależało, żeby Prezydent w ogóle leciał do Smoleńska. Pamiętamy przecież wszyscy, jak na zasadzie divide et impera rozgrywał naszych kłócących się o samolot polityków moskiewski ambasador. Wystarczy zresztą wspomnieć o tym, jak zabezpieczone było lotnisko podczas wizyty Tuska i porównać to ze słynnymi zdjęciami Ruskich wkręcających po katastrofie żarówki na pasie startowym. Oczywiście już po katastrofie...

Bo niby dlaczego Putin miałby ułatwiać życie Polakom? Lechowi Kaczyńskiemu?! Prąd na takiego tracić, żeby mógł lądować? I czemu w okresie zaciętych wojen o tego nieszczęsnego tupolewa, miałby mu Tusk pomagać w zabezpieczeniu wizyty? Wysilać się specjalnie? Dbać o bezpieczeństwo politycznego przeciwnika?
Raczej nie było na to nacisków ze strony rządowej!
Podejdźmy zatem dalej, do samej granicy. Linii, za którą stoją już tylko kolejne warianty ostrej wersji hard. Bo jeśli zaniedbania były celowe, to od kiedy przestają być zwykłą nieprzemyślaną złośliwością i szykaną administracyjną, a stają się sabotażem? Od kiedy zaś sabotaż staje się zamachem?
Czy Moskwie wystarczyło sprzątnąć z lotniska nawigację i rozegrać polskich polityków przeciwko sobie, czy też pomogli losowi? Specjalnie pozwalając lądować w złych warunkach? Podając naszym z wieży mylne parametry lotu? Sadząc pancerne brzozy i rozpylając sztuczne mgły? Używając broni? Nie wiem i nie mam pojęcia!
I na tym właśnie polega nasz problem.
A jak naświetla go klasyczna rzymska sentencja: is fecit cui prodest? Komu właściwie pomogła katastrofa? W czym niby? Po co zabijać prezydenta, który i tak na pewno przegrałby wybory?
Zatrzymajmy się chwilę przy takim pytaniu.
Po pierwsze, choćby po losie Litwinienki wiemy, że Putin nie przebacza.I potrafi się mścić. A mało kto zalazł mu za tą ruską skórę bardziej niż Lech Kaczyński w 2008 r. Zemsta osobista jest jednak uczuciem wysoce nieracjonalnym, więc jeśli na chwilę przyjmiemy, że polityka jest domeną zdrowego rozsądku (śmieszne założenie w Polsce, prawda?), to ten akurat argument odłożymy na bok.
Drugim i podobnym mogła być obecność najwyższego dowództwa poslkich Sił Zbrojnych, wyszkolonych w Waszyngtonie generałów. Nikt mi nie powie, że ich Moskalom nie opłacałoby się zdjąć.
A z "naszej" strony? Po Smoleńsku PO wzięła wszystko. Dosłownie. Pamiętam, jak przebiegło mi przez głowę w ten czas, w czas żałoby, że największe przekręty dzieją się właśnie teraz. Wtedy - gdy nikt nie widział, nie zwracał uwagi.
Lecz to są oczywiście tylko podejrzenia, domysły, insynuacje. Niskie myśli małego człowieka? Może niesprawiedliwe? Podłe i ohydne? Może ICH tu wręcz krzywdzę? Opluwam jak karzeł reakcji?
Wiadomo, Donaldzik może być rzeczywiście człowiekiem Honoru - zgodnie z dzisiejszym znaczeniem tego terminu nie będę miał zresztą problemów z poparciem tej tezy - jego ludzie mogą też być uczciwi i patriotyczni, naprawdę może im na sercu leżeć racja stanu, dobro Polski i Polaków. A w sytuacjach kryzysowych możliwe, że pierwszą rzeczą o jaką dbają, jest tylko stabilność i interes państwa...
Przekonujący i sugestywny fragment mojej notki, nieprawdaż?
Mamy więc i zasadę korzyści jakoś naświetloną. Powiedzmy sobie też jasno: prawdy nie poznamy. A nawet gdyby kiedyś, to co możemy zrobić? Wojenki Putinowi wszak nie wypowiemy! Co zatem jest możliwe, przynajmniej w teorii?
Ano, skoro rosyjskich sprawców - jakakolwiek byłaby ich rola, patrz wersje light do hard, zależnie od humoru - ukarać nie możemy, to może da radę kiedyś dobrać się do tych polskich. Wiadomo, jakie służby i instytucje odpowiadały za przygotowanie i ochronę tej wizyty. Ja jestem tylko zwykłym szczurem i ani nie chce mi się teraz prowadzić prywatnego śledztwa, ani już nie pamiętam dokładnie jak było. Ale są przecież ludzie lepiej poinformowani, siędzący głębiej w temacie. I oni z pewnością wiedzą, o kogo dokładnie chodzi. Pierwszym więc warunkiem rzeczywistego zdania egzaminu przez państwo polskie jest wyciągnięcie konsekwencji służbowe i karnych wobec rodzimych organizatorów tego lotu, a jeśli zostanie im udowodnione porozumienie ze stroną moskiewską - to ukaranie za zdradę Polski. I tyle!
A leżącej po stronie polskiej części odpowiedzialności za katastrofę smoleńską dotyczy właśnie moje tytułowe pytanie. Bardzo proste...
Zwracam się zatem z prośbą do wszystkich lepiej poinformowanych w sprawie katastrofy smoleńskiej osób o konkretną odpowiedź na nurtującą mnie prawie od chwili tej tragedii kwestię, nie nagłaśnioną nigdy zarówno przez stronę rządową, jak opozycyjną:
kto właściwie układał listę pasażerów tupolewa???



